Mama subiektywnie

o urokach macierzyństwa

Mamo, zwalczaj ją a nie siebie! O tym jak wygląda życie matki z chorobą Hashimoto.

Skoro kobieta (matka) jest w rodzinie szyją, to moja nie funkcjonuje prawidłowo. A nie da się dobrze obracać głową, kiedy szyja szwankuje. Dlatego matka i choroba Hashimoto to fatalne połączenie. [Marta Andreasik]

To może zacząć się niewinnie – pewnego dnia po prostu czujesz się gorzej. „Mam słabszy dzień” – myślisz i starasz się po prostu nastawić się pozytywnie do życia. Ale złe samopoczucie wcale nie mija. Zmienia się w niepokój, czasem płacz. „I dlaczego znów jestem taka przemęczona?” – zastanawiasz się po jakimś czasie, kiedy po raz kolejny masz zwyczajnie wszystkiego dość i na nic nie starcza ci sił.

Jeśli będziesz miała szczęście, to trafisz do dobrego lekarza. Internista? Raczej nie. Ten to pewnie stwierdzi, że akurat jest przesilenie wiosenne, albo, że musisz się położyć i odpocząć. Ale temat nie będzie dawał ci spokoju. Więc zaczniesz drążyć dalej – być może w końcu, przełamując wstyd i uprzedzenia, trafisz do psychoanalityka. To taka ładniejsza nazwa lekarza od tych, co mają kuku na muniu – może nawet tak będziesz myśleć, chcąc odwlec wizytę. Ale pójdziesz – bo płacz, stres i to nieprzemijające zmęczenie, nie pozwolą ci już normalnie funkcjonować.

Ja trafiłam dobrze. A nawet najlepiej. Do psychiatry, co prawda i to na własną prośbę. Ale od tego wszystko się zaczęło. Nie, nie depresja. Do niej mi było daleko, dalej niż o całe lata świetlne. Zaczęła się jednak moja walka z chorobą, której wtedy nie znałam i, o której do dziś mam wciąż zbyt małe pojęcie. Choroba ta to Hashimoto.

Nie powiem – ulżyło mi, kiedy zamiast pigułek na moje rzekome „kuku na muniu” dostałam od mojej lekarki skierowanie na badanie tarczycy oraz jej hormonów. Wtedy, przy całym moim rozedrganiu, to było jak objawienie. Jak promyk nadziei, że nie jestem stuknięta, a jedynie – zostałam ofiarą mieszaniny zanieczyszczanego środowiska, genów, nadmiaru stresujących warunków otoczenia i paru jeszcze innych. Ale choroba Hashimoto, czyli choroba autoimmunologiczna tarczycy, to wcale nie jest taki tam sobie pikuś, o czym miałam się wkrótce przekonać. I przekonuję się do dziś. Zresztą – do licha, będę się przekonywać już do końca swojego żywota. Bo właśnie wtedy zakończy się leczenie. Czyli innymi słowy – ZALECZANIE i nieustanna walka z szalejącymi we mnie hormonami.

Jeśli masz to samo – to zrozumiesz.

Jeśli tego nie masz, a podejrzewasz u siebie lub kogoś z otoczenia – może się czegoś przydatnego dowiesz.

Tak czy owak – PRZECZYTAJ i podaj dalej.

IMPULS…

Do podzielenia się z wami moją historią skłoniła mnie lektura tego artykułu, podrzuconego przez mojego męża. Skoro znana modelka może się podzielić swoimi przemyśleniami, przyczyniając się do zdiagnozowania i (daj Boże) wyleczenia choćby jednej osoby, to tym bardziej może to zrobić nieznana matka. A matki też chorują. Spotykam je non stop wokół. Odkąd samą mnie dotknęła choroba Hashimoto, to dookoła, niemal z podziemi, wyrastają mi kolejne mamuśki, które co dzień zmagają się z objawami tej choroby tarczycy. W wolnej chwili zajrzyjcie tutaj, by poczytać o niej więcej.

Postanowiłam więc zebrać swoje i owych napotykanych mam doświadczenia by zachęcić was do badania się i walki z tą chorobą. Bo Hashimoto to choroba, z którą można i należy walczyć. A dlaczego piszę o tym, byśmy nie zwalczały samych siebie? Dlatego, że z doświadczenia wiem, że przez te wszystkie dokuczliwe objawy towarzyszące Hashimoto możemy obracać się przeciwko sobie. To błąd! Zamiast dopatrywać się swojej słabości, przeklinać na nieustające zmęczenie czy słabą cerę albo tycie (rzadziej na chudnięcie), zacznijmy walczyć z właściwym wrogiem!

Jak Hashimoto wpływa na zajście w ciążę?

Cóż, u mnie diagnoza wiązała się automatycznie z ZAKAZEM zajścia w ciążę. Plany prokreacyjne mieliśmy przełożyć na czas po ustabilizowaniu się pracy tarczycy, co w praktyce kosztowało nas rok czekania. Mało? Dużo? Nie wiem, nieistotne. Ale byłam wściekła! Przecież mogłam nie wiedzieć o chorobie i starać się o dziecko…. A tak, diagnoza zrujnowała mój cudowny plan. A uwielbiam to, co zaplanowane, poukładane i na co mam wpływ.

Pewne rodzinne doświadczenia pokazały mi, że starania o dziecko mogą ciągnąć się latami. Można też w tym czasie nie wiedzieć o swojej chorobie tarczycy, jak pewna bliska mi osoba. Zatem to pierwszy argument, jakim chcę zachęcić wszystkich myślących o dziecku do tego, by zadbali o przebadanie się pod kątem choroby Hashimoto.

Hormonalne koło fortuny

Teraz, po dwóch ciążach i dwóch poważnych stanach zapalnych, moja tarczyca nie potrafi już funkcjonować sama. A to oznacza przyjmowanie leków „for ever”. Żeby to jeszcze było takie proste, jak suplementacja witaminą D, to bym nawet nie robiła afery. Ale dla matki, z maluchami na głowie, to okrutna wręcz uciążliwość. Dlaczego? Już tłumaczę, ale najpierw tycia tycia anegdota: Podczas jednej z moich długich debat z teściem, doszedł do wniosku, że lekarze leczą w większości eksperymentalnie. „Nie ma jednego, sprawdzonego sposobu leczenia chorób” – stwierdził. „Lekarz do każdego pacjenta musi dobrać indywidualnie dawkę leku. A więc eksperymentuje. – kontynuował. Najpierw się zaperzyłam na takie argumenty, ale po chwili….musiałam to przyznać patrząc na to, jak wygląda leczenie mojej tarczycy.

Wyobraźcie sobie w kółko dobieranie właściwej dawki leku. Co miesiąc, co dwa. To nieustanny festiwal tarczycy. Hormonalne koło fortuny. Raz spróbujemy trzy razy w tygodniu dawkę 88 euthyroxu, a w kolejnych czterech dniach – 75. Albo: przez kolejne dwa miesiące – 50, a potem 75. „O, Pani Marto – TSH skoczyło, to teraz dajemy 88”, by już da miesiąc – „Jest dobrze, wracamy do 75 i schodzimy do 50. A teraz jest Pani w ciąży, to dodajemy jeszcze Jodid 200.”

HORRENDUM JAKIEŚ!

A czy wiecie ile pudełek z kombinacjami tych dawek mam w domu? Nie? Ja też nie! Bo nigdy nie mogę się ich doliczyć. Ale wiem, że na czarnym rynku zrobiłabym na nich fortunę. Może otworzę jakąś podziemną Aptekę? Już widzę kolejki sfrustrowanych mamusiek, które akurat mają gorszy humor albo włosy im wypadają. I będą stać w kolejce po moje Euthyroxy w nadziei na poprawę.

…Ale na serio – to diagnostyka to kolejny wrzód na dupie tej choroby. Ale tym wrzodem, niestety, trzeba się zająć na poważnie.

ballada o wędrownym pacjencie

Ballada, a niby czemu? Ano dlatego, że jako pacjent czuję się jak włóczęga. I przestępca w jednym. Wałęsam się od wizyty do wizyty, ukrywając pomiędzy innymi, regularnymi pacjentami. To akurat wina systemu, który przewiduje, że skoro dziś dostałam lek, to następna wizyta gdzieś w okolicach maja 2020. A, że ludzką mam panią doktor, to robi co może by mnie zapisać na korzystniejszy termin. Wpycham się więc między pacjentów. Raz nawet zrobiłam awanturę, bo kogoś innego (też takiego włóczęgę) wpuszczono przede mną. I system się zapętlił, bo jeden oszust przeskoczył drugiego. Normalnie – matrix w matrixie!

I jak tu żyć, droga matko? Czy masz może za dużo wolnego czasu, że wolisz go spędzać na comiesięcznych wizytach na pobraniu krwi? A potem na wizytach lekarskich? Jeśli masz za dużo, to śmiało – choruj na Hashimoto!

Jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję!

Żeby te wszystkie wysiłki przynosiły jeszcze jakąś realną ulgę…..Eh, prawda jest jednak inna. Częścią mojego problemu z tą wredną chorobą jest to, że jest tak niezwykle UPIERDLIWA! Akurat wtedy, kiedy wydaje ci się, że jest cacy bo masz dobrany lek, ona daje o sobie znać ze zdwojoną siłą. Jako matka szczególnie nienawidzę tego okresu, kiedy organizm przystosowuje się do nowej dawki. Eksperyment zaczyna nabierać rumieńców. A ja – z dnia na dzień z doktora Jekylla staję się Mr Hydem. A może na odwrót?

W każdym razie, eksperymenty i hormony nie łączą się zbyt dobrze. A efektem są najczęściej:

  • napady melancholii
  • napady złości a czasem agresji (OK, hamuję się, ale czasem potrafię wybuchnąć)
  • wszechogarniający niepokój
  • Wku*** kiedy po raz kolejny łamią mi się picowane nieustannie paznokcie
  • Wku*** jeszcze większy, kiedy piękne w ciąży włosy, teraz stają się beznadziejne i wypadają
  • Rezygnacja, kiedy znów przybierze mi się tu i ówdzie oraz wyrzuty sumienia, że wciąż jestem głodna
  • Wielki znak zapytania w temacie „co zrobić, by moja twarz nie wyglądała jak zeschła wylinka węża?”
  • Zmęczenie, odbierające nieraz chęć do zabaw z dzieckiem

I jeszcze to, co boli chyba najbardziej… fakt, że mam tendencję brać wszystkie powyższe mega na serio. Zapominam, że to przeważnie efekty choroby Hashimoto. I biorę to wszystko do siebie. Nie raz i nie dwa, daję sobie mentalny wycisk. A idzie to mniej więcej tak:

Jestem taka brzydka, zmęczona, dzieje się ze mną coś złego   ->  Ale mam takie cudowne dzieci i męża. To powinno przynosić mi radość   ->  Kurcze, to pewnie wina tego, że jestem taka beznadziejna   -> Im bardziej widzę, jak kochaną mam rodzinkę, tym gorzej myślę o sobie i wzmaga się niepokój…

I tak dalej, i tak dalej. Oczywiście, takie stany stabilizują się po pewnym czasie. Aż do kolejnych wahań hormonów lub otrzymania nowej dawki.

bliscy to skarb!

Przekonuję się, że ogromną część procesu leczenia tej choroby stanowią nasi bliscy. Zrozumienie twoich stanów może nie być łatwe dla otoczenia. Ich akceptacja może być nawet jeszcze trudniejsza. Ale najważniejsze jest WSPARCIE. Kiedy ty walczysz z kolejnymi objawami, miotając się, to najlepsza pomoc oprócz hormonów syntetycznych, to te wytwarzane przez ciebie, kiedy jesteś z najbliższymi. To hormony szczęścia. I myślę, że one też mają cudowną moc.

Mój mąż znalazł na mnie sposób. Moją chorobę traktuje normalnie, trochę jak zespół napięcia przedmiesiączkowego. Wie, że pojawiające się fale gorszych i lepszych dni będą chwiały naszymi domowymi posadami. Ale nie poddaje się. Jest cierpliwy, wyrozumiały. Razem dbamy o dietę (choć grzechy się zdarzają), daje mi też dużo miłości i wsparcia. Czy ta choroba nas do siebie zbliża? Myślę, że tak. Mimo tego, że kiedy gorzej się czuję, to najlepszym sposobem jest chwila w samotności.

Choroba Hashimoto jest UPIERDLIWA. Pisałam to już i to powtórzę.

Dezorganizuje życie, choć mu bezpośrednio nie zagraża. Wiem, są trudniejsze, poważniejsze, mocniej uderzające w rodzinę choroby. Rozumiem, szanuję i podziwiam rodziny z nimi się zmagające. Ale moja zmaga się z Hashimoto.

Dlatego dzielę się z tobą swoim doświadczeniem i zachęcam – BADAJ SIĘ! Poznaj wroga i walcz z nim, a nie ze samą sobą. Z tobą jest wszystko w porządku.

Całusy,

Marta

PS. Przez „badaj się”, mam na myśli:

  • udaj się na wizytę do internisty
  • poproś o skierowanie do endokrynologa
  • zbadaj tarczyc e: USG oraz hormony (TSH, FT3, FT4)

Zdjęcie by Krzysztof Puszczyński