Mama subiektywnie

o urokach macierzyństwa

Sukces rodzi się w bólach. Nie tylko porodowych!

W rodzinie siła! Tak się mówi, ale ja jestem w stanie to udowodnić!

To o czym będzie w końcu? O maratonie, bieganiu, rodzinie, sukcesie czy porodzie? O wszystkim po trosze. Przede wszystkim zaś o rodzinnym sukcesie. Bo sukces w rodzinie to zawsze wynik gry zespołowej. Nie ma opcji – sam nie „dobiegniesz”.

zaczynam od końca

Wczoraj mój Ślubny, Mario, po raz pierwszy w życiu przebiegł maraton! 42 kilometry i 195 metrów. Odległość jak stąd do kosmosu dla takiego nie-biegacza jak ja. Wymęczone, wypocone, wybiegane i wyćwiczone na siłowni czterdzieści dwa kilometry szczęścia i zmagań z własnymi słabościami. Oto, czym był dla Mariusza ten maraton. A potem jeszcze – cudowną rozkoszą chwili, kiedy udowodnił całemu światu, ale przede wszystkim sobie, że jest zdolny do wielkich rzeczy.

I kiedy tak wczoraj siedzieliśmy w knajpie z innymi biegaczami, a mąż ochoczo wsuwał burgera, zagaiłam:

Nareszcie rozumiesz, jaki ogromny wysiłek jest w stanie podjąć organizm człowieka, kiedy dąży do celu i chce osiągnąć sukces.  – zaczęłam filozoficznie. – Myślę, że teraz, kiedy przebiegłeś pierwszy maraton, jesteś już nieco bardziej w stanie wyobrazić sobie trud, pracę i poświęcenie rodzącej kobiety. – celnie spuentowałam, nie kryjąc zadowolenia. Po chwili uderzyło mnie jednak, że jeszcze jedna, na pewno ważniejsza nauka płynie z tego maratońskiego przykładu:

w porodzie i w maratonie sukces rodzi się w bólach, które odczuwamy razem

Jest taki fajny tekst na na stronie ohme.pl o tym, że rodzina jest ważniejsza od znajomych. Dużo w tym prawdy i choć nie zawsze zgodzę się z twierdzeniem, że rodzina zawsze jest nam bliższa niż znajomi, to jednak w niej istotnie tkwi siła i moc.

Nie byłoby, bowiem, sukcesu moich dwóch porodów bez wsparcia Mariusza, ale także on nie zdobyłby swojego Everestu, gdyby nie zaangażowanie całej rodziny.

Jak to? Tylko spójrz, jak przygotowania do Orlen Warsaw Marathon wyglądały z naszej, rodzinnej perspektywy:

„po co ci to?” czyli zwątpić by uwierzyć

Dobra, pochwalę się. Byłam pierwszą i chyba jedyną osobą, która przez cały okres przygotowań Mariusza do maratonu, kibicowała mu szczerze, nie tracąc wiary i przekonania w to, że osiągnie swoje zamierzenie. Z innymi było już gorzej, a konkretniej – jak w tej reklamie banku – „Katmandu” zobacz tutaj:

W momentach takich jak te, kiedy powtarzają „po co ci to?”, „chyba oszalałeś” lub „z twoją astmą biegać ci się zachciało?” w człowieku może się zrodzić wątpliwość. Ona jednak też jest ważna! To naturalny proces, przez który musimy przejść by osiągnąć sukces. Te wątpliwości to bowiem pierwszy krok do poszukiwań. Zaczynają się wtedy, kiedy z niewiary w swoją moc sprawczą, rodzi się potrzeba przezwyciężania własnych słabości. Jaka jest na tym etapie rola rodziny? Cóż, o malkontentach już wspomniałam. Pozostają – zapaleńcy. To oni – czasem szaleni wujkowie, którzy nie spełnili młodzieńczych marzeń i pasji, a innym razem – bracia, siostry czy najwierniejsi z wiernych przyjaciele sprawiają to, że domowym marzycielom chce się chcieć.

I kiedy pasjonaci już chcą przenosić góry, to rolą zapaleńców pozostanie wspieranie ich, doradzanie, wysłuchiwanie i zachęcanie do wytrwania w kolejnym etapie. A jest nim…

praca, praca i jeszcze raz – pieniądze

Nie ukrywam tego. Na początku przygotowań Maria do maratonu, widziałam tylko kolejne wydatki: nowy strój do biegania, nowy trener, siłownia, buty, zegarek. Wydatki mnożyły się i zamiast uszczuplać naznaczone „zimową warstwą ciepła” ciało mojego ślubnego, uszczuplały skutecznie domowy budżet. To właśnie w takich momentach, rodzina potrafi naprawdę zdołować pasjonata. Jęcząc, marudząc, zatruwając umysł, w którym już już zaczyna rozkwitać jak młode drzewo piękne marzenie o sukcesie.

U nas było nieco inaczej. Na tym etapie nie sądzę aby ktokolwiek brał pomysł Mariusza o bieganiu w maratonie na poważnie. I to również jest raczej typowe. Pomyśl o swoim wielkim przedsięwzięciu czy projekcie. Czy nie było przypadkiem tak, że po pierwszym zachwycie (lub całkowitej negacji tegoż) rodzina niemal zapomniała o istnieniu twojego pomysłu? Albo gorzej – o tobie? Pewnie nie wierzyli. Pewnie w duchu liczyli, że ci się odmieni. Że nagle, pewnego dnia wstaniesz i stwierdzisz, że twoje marzenie, to jednak bullshit i nie warto sobie nim zawracać głowy.

Ale w Mariuszu marzenie o przebiegnięciu pierwszego maratonu przetrwało. I w kolejnym etapie rozkwitło najpiękniej…

autor: Bruno Nascimento

to już nie przelewki! no, chyba, że potu.

Krew, pot i łzy, czyli święta trójca każdego dążącego do sukcesu, to etap, w którym naprawdę oddziela się ziarna od plew. A w tym wypadku – tych, co w rodzinie są od wspierania, od tych, co są od zawracania dupy i negowania wszystkiego. Moja rada? Jak najbardziej ogranicz kontakty z tymi drugimi, jednocześnie zacieśniając więzy z tymi, co naprawdę w ciebie wierzą. I nie ważne, czy ubzdurasz sobie lot w Kosmos czy skonstruowanie superszybkiej kosiarki do trawy. Cokolwiek by to nie było, to na tym etapie rodzina albo da ci w kość i będzie odtąd pukać się codziennie w głowę na twój widok, albo stwierdzi, że ma zaje….fajnego i zakręconego pasjonata, którym już wkrótce pochwali się światu.

A co spotkało naszego Mariusza? Otóż – miał chłopina szczęście. Przyjaciele spoglądali na niego z coraz większym podziwem. Kolejne treningi na siłowni zaczęły przynosić rezultaty i z „młodego tatusia” zaczął wyłaniać się „młody bóg”. Kiedy ciało zaczęło przybierać nieco bardziej atletyczne (i apetyczne) 🙂 kształty, cała najbliższa rodzina Biegacza posłusznie podporządkowała się nowej pasji pana domu. Wspominam tu nieskromnie o sobie i dzieciach bo nie pomnę już godzin, jakie spędziliśmy tylko w trójkę czekając na powrót Jaśnie Pana bo bieganiu. Dzieci padały jak muchy w tym oczekiwaniu. Odpowiedź „Tata biega” na pytanie o to „Gdzie jest tatuś?” stała się naszą nową mantrą. Wyfiokowana i wysztafirowana żona z radością czekała w drzwiach z naręczem nęcących zapachem przekąsek, tylko po to by usłyszeć od padającego z nóg męża, że „ja to bym zjadł jakiś serek i może ogórka”. (no żesz!!….)

A potem było jeszcze gorzej: „boliiii!” skomlał ślubny, opatrując kolejne odciski i smarując obolałe po bieganiu kolana i łydki.  – Dobrze, że urodziłam dwoje dzieci, bo inaczej nie mogłabym sobie wyobrazić poziomu bólu, przez jaki teraz przechodzisz. – rzucałam, nie kryjąc złośliwości. No, bo to nie jest normalne, że  facet jęczy ci jak baba i to przez coś, co robi na własne życzenie!

Mario (z lewej) i jego kumpel, Pjetrek. Razem w niedoli. Jeszcze przed startem.

To nie był łatwy czas, nie ukrywam. Ucierpiał blog, ucierpiały moje pasje, ucierpiały nawet przez chwile nasze relacje. Wszystko, w oczekiwaniu na…

grande finale

Dzień maratonu był kulminacją wszystkiego powyżej. Kilka miesięcy przygotowań sprowadzało się do jednego – nie ma odwrotu. „Zapłacone …” – powtarzał Mario, chcąc sobie wmówić, że biegnie tylko dlatego, że szkoda mu stówki wydanej na pakiet startowy. Ale pobiegł. I przebiegł. 42 kilometry i 195 metrów maratonu.

Biegł nieprzerwanie przez 5 godzin, co osobiście uznaję za lekką formę choroby psychicznej.

Ale zrealizował swoje marzenie. I to tak naprawdę on sam powtarza, że nie osiągnąłby tego bez wsparcia najbliższych.

I właśnie dlatego, uważam, rodzina jest najważniejsza. Bo liczą się wszyscy:

  • i ci, którzy spisali go na straty na początku – bo oni dali mu impuls
  • i ci, co razem z nim zapalili się do nowej pasji – ci dodali mu skrzyyyydeł
  • i wreszcie ci, którzy przeszli z nim przez wszystkie załamki i kryzysy – bo to oni dopełnili z nim dzieła

Kocham Cię, mój Maratończyku!

Twoja – M.

Pjetrek i Mario. Uśmiech wcale nie na wyrost.