Mama subiektywnie

o urokach macierzyństwa

Choroba w rodzinie czyli jak chorować by nie zwariować?

Koniec roku wcale nie oznaczał dla mnie i mojej rodziny końca kłopotów. Przynajmniej nie tych, związanych ze zdrowiem. Choroba w rodzinie i do tego czteroosobowej zwyczajnie MUSI równać się rodzinnym dramatom. Dlaczego? Bo kiedy choruje jeden członek rodziny, to wiadomo – mądry generał (dajmy na to Mama), kieruje swoje najlepsze oddziały na pole walki właśnie tego jednego wroga (dajmy na to chorego Taty). Skupienie, poświęcenie i troska maszerują więc dzielnie zaopatrzone w stosy chusteczek higienicznych, garnuszków pełnych rosołku i innych, zdecydowanie obrzydliwych medykamentów.

Ale jaką strategię działania przyjąć, kiedy chorują WSZYSCY. I to w tym samym czasie? Co ma zrobić doświadczony generał, kiedy nie tylko liczebność jego wojsk nie pozwala na bezpośredni atak na wroga na wszystkich flankach, a na dodatek jeszcze jemu samemu wisi z nosa glut do samych spodów kamaszy?

Przekonałam się o tym dobitnie w okresie świąteczno-noworocznym, chyba najgorszym z możliwych jeśli chodzi o  chorowanie całą rodziną. Chorym nie sprzyja dosłownie nic: nie ma własnego wygniecionego odpowiednio łóżka (bo śpi się kątem u rodziców), nie ma ciepłego rosołku na śniadanie (bo wszystkie ręce i nogi generał w postaci Teściowej kieruje na front walki ze świątecznym karpiem), nie ma wreszcie ciszy, spokoju i bezmyślnego oglądania TV (bo ktoś inny ogląda aktualnie relację …. ze świątecznych przygotowań Polaków).  No, JAK ŻYĆ? ja się pytam…..

Ano, da się, tylko trzeba się dobrze zorganizować! A skoro sezon chorobowy wcale się nie skończył a mróz ostro trzyma, to na wszelki wypadek zachęcam was do zapoznania się z kilkoma podpowiedziami doświadczonego chorowitka.

Po pierwsze

wyluzuj i bądź wystarczająco dobrym rodzicem

Chory rodzic, który ma pod opieką chore dzieci (i partnera), to z pewnością nie materiał na zwycięzcę konkursu na „Cool mamę” czy „Cool tatę”. Agnieszka Stein, znana psycholożka i autorka między innymi książki „Dziecko z bliska” zachęca, byśmy byli wystarczająco dobrymi rodzicami. Co to oznacza – choćby to, że nie musimy być we wszystkim idealni. Pasuje to wprost wybornie do sytuacji, kiedy choroba rozpanoszyła się w rodzinie. Po pierwsze dlatego, że zwyczajnie jako chorzy rodzice zwyczajnie nie mamy sił na to by się podnieść z podłogi. A gdzie tu miejsce by zaskakiwać czy animować bobasy edukacyjnymi książeczkami i rozwojowymi grami? Po drugie dlatego, że nasze smarkająco-kichające pociechy w głębokim poważaniu mają właśnie takie aktywności. Nie, nie chodzi mi o to, że marzą o położeniu się do łóżka. Wolą marudzić, zawodzić, jęczeć i cały czas wyrażać przemożną chęć bycia przy nich.

Dlatego wyluzowanie to klucz do sukcesu. ODPUŚĆ SOBIE. To jedyne co możesz zrobić w obliczu panoszącego się gluta i kaszlu. Myślę, że podświadomie każdy z nas to wie i czuje. Wiemy, że nie mamy na nic siły. Czujemy, że organizm potrzebuje regeneracji. I tu dochodzimy do punktu drugiego…

zaagnażuj kobgo się da

Mama, babcia, a nawet sąsiad – każdy może i powinien ci pomóc w trudnym czasie choroby. Szczerze, to ja porzuciłam konwenanse i uprzejmości. Żadne tam „Czy byłbyś tak dobry?” lub „Oj, tak mi źle, czy mi pomożesz w tym czy tamtym?” NIE! W ostatnim czasie wystarczyło tylko spojrzenie politowania godnej, obrzydliwie zasmarkanej i niebotycznie przemęczonej mnie, żeby wszystkie drzwi pomocy otwierały się na oścież. Co w ten sposób załatwiłam? Na przykład to: indywidualne inhalacja z solanki uzdrowiskowej w moim fotelu (to dzięki przyjaciółce, Agnieszce), wsadzenie i zapięcie córki w foteliku dziecięcym, przed wizytą u lekarza (tu zlitował się sąsiad), kupienie mleka w proszku dla córki, bo nie mogłam ją przez jakiś czas karmić piersią przez leki (tu zasługa taksówkarza, który odnalazł dla mnie właściwy sklep). Jak widzicie, żadne tam „fajerwerki” czy inne „rozkosze”. Zwykłe, codzienne czynności, których zwyczajnie nie mieliśmy z chorym mężem siły wykonać. Polecam!

JEDZ!

To może oczywista oczywistość, ale przyznajcie sami – kiedy katar i inne bliżej nieokreślone substancje zalewają wam drogi oddechowe, ostatnią rzeczą o jakiej myślicie jest jedzenie. Ok, złapie się cokolwiek rano i wieczorem by nie głodować. Ale przyjemność z tego żadna. Dla mnie była o tyle dotkliwa, że świąteczne potrawy zdawały się paradować przed moim nosem ze złośliwym „sa sa sa” na ustach. Dosłownie szydziły z tego, że nie mogę w pełni się nimi delektować. Fakt, dobre to na figurę, bo o dziwo pierwszy raz po świętach mieszczę się w spodnie sprzed ciąży, ale nie o to przecież chodzi. Dlatego apeluję – jedzmy w chorobie. I to nie byle co!

Żywienie w chorobie ma kluczowe znaczenie dla procesu zdrowienia.  Jakby się tak nad tym zastanowić, to czy nie jest tak, że chorując zwyczajnie marzymy o talerzu gorącego, parującego zdrowiem i miłością rosołku? Czy nie mamy ochoty na ciepłe mleko z miodem i czosnkiem? Dobra, z tym czosnkiem to przesadzam, jednak coś w tym jest. Wierzę, że warto wsłuchać się w swój organizm i jeść przede wszystkim to, co: świeże, nieprzetworzone, rozgrzewające i …będące czymkolwiek ze spiżarni babci 🙂

ZAHIbernuj się

Jeśli miałabym skonstruować jakieś uniwersalne prawo, to brzmiałoby mniej więcej tak: „Zawsze kiedy jesteś chory, znajomi dzwonią tabunami, chcąc wyciągnąć cię na imprezę; do miasta przyjeżdża na jedyny koncert twój ulubiony wykonawca; w kinie grają same hity; a twój partner ma akurat wolne w pracy i ochotę na sex.”

I co? Może mi powiecie, że tak nie jest?

Choroba to najgorszy moment na prowadzenie życia towarzyskiego. Wiem to, sprawdziłam to. Zmusiłam się do łażenia po sklepach, z chorym mężem wybraliśmy się na imprezę sylwestrową i w zasadzie odpuściłam tylko wyjazd na narty (nie jestem głupia!). Skończyło się antybiotykiem i pierwszym w życiu zapaleniem zatok. Nie idźcie tą drogą, zaklinam was!

Dlatego kiedy chorujemy, proponuję byśmy się wprowadzili w stan TOWARZYSKIEJ HIBERNACJI. Przyjmijmy do wiadomości, że w tym czasie:

a) będzie dużo i dobrze się działo (poza nami)

b) będziemy mieć nieodpartą „chcicę” by tego wszystkiego doświadczyć

c) będziemy mieć zero sił na powyższe

W związku z tym, lepiej na bardzo krótki czas, na kilka trudnych i nudnych dni, zaszyć się w domu. Może wyłączyć fejsbuka (o zgrozo! co ona wypisuje?!), może nie dopuszczać do siebie opowieści przyjaciół o zajerzystym wyjeździe do Białki na snowboard….. OK, w ten sposób wiele nas ominie, ale czyż nie stałoby się i tak bez naszego udziału? A jeśli podejmiemy świadomą decyzję o tym, by się na trochę wykluczyć z towarzystwa, to będziemy mieć na to wpływ SAMI. Przynajmniej na ten jeden aspekt w naszym chorowitym życiu.

OK, możecie się zastanawiać, dlaczego tak bardzo koncentruję się na tym, co według mnie my (rodzice) powinniśmy robić. A co z dziećmi? Przecież pisałam, że oni też chorują w tym scenariuszu. Ano dlatego, że tu mam tylko jeden pomysł. Przyszedł mi do głowy z obserwacji na co dzień mojego męża, ojca mych dzieci – człowieka nad wyraz niezłomnego. I wniosek jest następujący:

Przełącz się na tryb zadaniowy

Zupełnie szczerze – trudno mieć jakąkolwiek poradę jeśli chodzi o „obsługę” chorych dzieci. Każde zachowuje się inaczej. Odkryłam, że najlepiej sprawdza się realizowanie kolejnych zadań: podać lek, przewinąć, przytulić i pocieszyć, wstać milionowy raz w nocy by wytrzeć nos. Trudno, pogódźmy się z tym, że przez jakiś czas nie będzie wesołych harców, tylko ryk i marudzenie. Przyjmijmy do wiadomości, że to tymczasowe a nasze słodkie bobasy powrócą na jasną stronę mocy. Taki zadaniowy, trochę oddzielony od emocji sposób działania daje ogromną ulgę. Sama się o tym przekonałam.

A dlaczego wspomniałam, że ten pomysł przyszedł mi do głowy, obserwując męża. Bo coś w tym jest, drogie Panie, że mężczyźni BYWAJĄ skuteczniejszymi opiekunami od nas. Dzieje się tak właśnie dlatego, że w sytuacjach kryzysowych, BYWAJĄ (podkreślam, bo to uogólnienie i wiem, że może być krzywdzące) bardziej opanowani. To trochę tak, jakby wyłączali jednym przyciskiem program „Emocje” i włączali roboczy, nastawiony na przetrwanie tryb „Zadanie”.

Dlatego z początkiem Nowego Roku życzę Wam dużo zdrowia. Byście…nie musieli w ogóle korzystać z tego, co przed chwilą przeczytaliście.

Pozostańcie optymistami, pomimo trudności.

Wasza,

Mama Subiektywnie.

Zdjęcie by Abby Kihano