Mama subiektywnie

O śnie, rodzicielstwie bliskości i wychowaniu. Dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Rodzicielstwo+

Już, już niemal czuję ich zapach… Obiecane 500+ wpadnie na moje konto lada chwila. Yuppie, hurra! Wiadomo – cieszyć się trzeba. W końcu to dodatkowe 500 zł na potrzeby mojej młodej Beneficjentki i jej starszego Brata. Nie, nie będę pisać na co wydam; nie będę psioczyć, że tak mało; nie będę też podważać sensu tego projektu. Każdy, kto ma dziecko na pewno z dodatkowych kilku stów się ucieszy.

Więc co mi po głowie chodzi?

Jak zwykle w takich chwilach – REFLEKSJA. Nad tym, co tak naprawdę zachęciłoby mnie do posiadania większej liczby dzieci. Bo taki wszak miał być cel programu Rodzina 500+. Niczego odkrywczego nie powiem stwierdzając, że w obecnym kształcie programu, więcej dzieci z niego nie będzie. Będzie natomiast większa konsumpcja dóbr i, co już się obserwuje, lepsze prognozy dla tempa wzrostu gospodarczego kraju. Mówi o tym chociażby PolskieRadio.pl.

OK, ja postuluję kompleksowy program Rodzicielstwo+. Droga Polsko, zaoferuj nam, Rodzicom więcej, niż tylko dodatkowe 500 zeta „na waciki”. Dopiero wtedy zaczniemy się mnożyć jak króliki 😉 A czego nam, Kochana Mateczko Polsko, brakuje? Mnie na przykład tego:

1. Pewność dostania się do państwowego żłobka

Tylko tyle i aż tyle. W sumie, nie ma to dla mnie większego znaczenia, czy to się będzie nazywało publicznym żłobkiem, klubikiem, opiekunem dziennym, czy czymkolwiek takim zlokalizowanym przy mojej firmie czy na osiedlu. Grunt, aby było to: dostępne, bezpłatne lub płatne niewiele, bezpieczne i z profesjonalną kadrą gotową spełniać potrzeby mojego dziecka. Ostatnio złapałam się na tym, że z zazdrością rozmyślałam, że mogłabym nawet wytrzymać: samodzielne wychowywanie dziecka (aka rozwód, bo przecież nieoficjalnie i tak razem byśmy zajmowali się dziećmi), bicie przez eks-męża i posiadanie kuratora mojej patologicznej wówczas rodziny. Czemu? Ano, wtedy to już publiczny żłobek miałabym jak, nomen omen, w pysk strzelił 😉

2. pewność pracy i zatrudnienia po macierzyńskim

Żeby nie było – rozumiem pracodawców, szczególnie, że mój mąż sam niejednokrotnie zatrudniał ludzi i wiem, jakie to trudne zdecydować się na kobietę w tak zwanym wieku rozrodczym. Wiadomo – będzie taka albo chciała od razu pracować na pół etatu, albo co chwile się zwalniać do dziecka i/lub brać zwolnienia lekarskie. No, koszmar! Ale to właśnie Program Rodzicielstwo+ powinien swoim parasolem ochronnym otoczyć również matki w miejscu pracy. Pozwólcie nam być z czystym spokojem przez 12 miesięcy z naszymi dziećmi, byśmy następnie mogły wrócić do pracy bez obawy, że za sekundę ją stracimy. Jakkolwiek uciążliwe potrafimy być, jako matki-pracowniczki, to jednak właśnie wtedy, gdy pracodawca zwiąże się z nami nicią porozumienia i wyrozumiałości, będziemy superaktywne, megazmotywowane i powerproduktywne w pracy. Dajcie nam szansę!

3. ELASTYCZNY CZAS PRACY

Wiąże się, nieodmiennie z powyższym. Ale zdecydowałam się go wyróżnić…bo na to zasługuje. Nie twierdzę, że to rozwiązanie wszystkich bolączek pracujących rodziców. Według danych GUS dotyczących aktywności ekonomicznej ludności, w pierwszym kwartale 2015 r. 1601 tys. osób było jednak biernych zawodowo ze względu na obowiązki rodzinne i prowadzenie domu. Zdecydowaną większość tej grupy, bo prawie 90%, stanowią kobiety. Ponad 1/3 z nich to osoby młode, do 34 roku życia.

Tryb zadaniowy, elastyczne godziny pracy, praca na część etatu….i tak dalej. Tego typu rozwiązania pomogłyby nam rozwijać się i realizować, bez powracającej czkawki wyrzutów sumienia, że „oto właśnie zostawiam moje dziecię na 8 czy 10 godzin z obcymi ludźmi”. Skoro takie rozwiązania działają z powodzeniem za granicami Polski, to my nie musimy być gorsi, prawda?

4. Kompleksowe wsparcie kobiety po porodzie

„Co ja mam teraz zrobić z tym dzieckiem?, „Dlaczego ono płacze?”, „Dlaczego czuję się tak fatalnie – czy to baby blues?” Kobiety po porodzie – jesteśmy pozostawione same sobie. Teraz oto mamy nagle wiedzieć co i jak w macierzyństwie, rozumieć nasze płaczące maleństwo, a najlepiej od razu być też fit, pełną radości, chodzącą oazą spokoju. Czasy udręczonej Matki Polski się skończyły. Nastał Jaśnie Nam Panujący Kult Matczynej Doskonałości. W domu, w wychowaniu, w sferze erotycznej, w formie – we wszystkim mamy być doskonałe i bezproblemowe. A przecież nieraz bywamy zagubione, bo wiedza ze Szkół Rodzenia nie tylko nie wystarcza, ale na dodatek tylko w pewnym stopniu pozwala nam przejść przez ciążę, poród i pierwsze dni z potomstwem.

Dlatego, jak pisałam o tym we wpisie o rzeczach, które nikt nie mówi ciężarnej, postuluję kompleksowy program wsparcia matek (i tatusiów!). Jest tyle aspektów, o które chcemy zapytać: od zawijania dziecka, po nosidełka, poprzez masaż noworodka i, za przeproszeniem, właściwy kolor i konsystencję kupy. Dobrze, by w programie Rodzicielstwo+ znalazło się miejsce/konsultant/portal/doradcy etc., którzy na takie banalne, codzienne potrzeby by odpowiadali. Wyobraźmy to sobie wspólnie: młodzi rodzice mogą w każdej chwili pogadać z psychologiem o swoich obawach; seksuolog podpowie, jak wrócić do szczęśliwego pożycia; fizjoterapeuta wyjaśni co robić by ten cholerny kręgosłup przestał boleć, a wykwalifikowany coach przeprowadzi szereg rozwojowych spotkań. Utopia? Ale w sumie „czemu nie?” Wszak żyjemy w dobie outsourcingu 🙂 A serio – myślę, że każdemu z nas czasem potrzebne jest fachowe wsparcie.

5. Karta dużej rodziny REAKTYWACJA

Więcej o programie przeczytacie tutaj. Założenia, choć chwalebne, to jednak dobrze byłoby je rozwinąć, dodać kolejne zniżki na artykuły szkolne, ciuchy, czy transport. Jest nad czym popracować.

***

Jest jeszcze, Kochana Polsko, kilka rzeczy, których nie możesz nam po prostu dać. Ale, które powinny się zadziać, aby mój idealny Program Rodzicielstwo+ zaczął sprawnie działać. Oto one:

6. Zmiana pokoleniowa, czyli „dzieci nie-na-dorobku”

Jak słusznie zauważył mój Ślubny, dopiero nasz Tymek jest potencjalnie reprezentantem nowego pokolenia dzieci, które coś (cokolwiek) będą miały od rodziców. Po erze nękanej wojną Polski, nasi rodzice nie mogli na wiele liczyć w kwestii wsparcia od rodziców. Również i my nie mamy lekko – nasi „starzy” raczej wiele nie dorobili się w komunie i zacofanej gospodarczo Polsce. My? Cóż, walczymy, staramy się wybić, biegniemy w tym wyścigu szczurów by czegoś się dorobić. By nie zawdzięczać domu spadku po babci, czy nieoczekiwanemu prezentowi zapomnianej cioci ze Stanów. My chcemy mieć swoje i być na swoim. I, jeśli Bóg da, a rząd nie przeszkodzi – będziemy to COŚ mieć. Nasze Tymki, Jasie czy Franki już mogą trzymać kciuki za to, że coś im skapnie od rodziców. I dobrze! Niech pracują ciężko, ale niech nie drżą o swoją przyszłość.

Dlatego, Polsko – do Ciebie apel. Wspieraj nas – młodą klasę średnią. Dawaj nam szansę się rozwijać, nie rzucaj kłód pod nogi, a zajdziemy daleko. Dla nas i naszych dzieci. Parafrazując starte i niemodne już hasło: BY ŻYŁO SIĘ LEPIEJ….NAM! (i naszym dzieciom) 🙂

7. fenomen ” it TAKES A VILLAGE…”

Wielopokoleniowe rodziny, mieszkające pod jednym dachem, gdzie wszyscy wspólnie dbają o wychowanie dzieci. Starsi przekazują mądrość życiową, młodzi – dokładają się do wspólnego dobra, dzieci – wnoszą radosne okrzyki i tupot małych stóp do wielkich domów. Obraz to już dosyć zapomniany…. A mi się marzy taka choćby namiastka wielopokoleniowej rodziny. Sama jej nie mam –  w pogoni za wcale-nie-wielką karierą, wyjechałam do Wawy, stając się klasycznym „Słoikiem”. Jest nas wiele a każdy ma inną historię. Łączy nas to, że jako młodzi rodzice wiele jednak poświęcamy. I jesteśmy tego świadomi. I to nas również często wstrzymuje przed posiadaniem dużych rodzin. No bo komu, przepraszam, uśmiecha się zabawa w pojedynkę, kiedy z braku laku, jeden z rodziców musi zostać w domu z dziećmi, podczas gdy ten drugi może iść „pobalować” do tej 1 w nocy. Bo rano przecież trzeba razem wstać i zacząć „orkę” od początku.

Babcie, prababcie, dziadkowie – nikt się nie dowie jak żeście niezbędni, aż okażecie się potrzebni! (coś mi się dziś rymuje).

8. żona, mąż i inne zbrodnie

And last, but not least – związek! Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wielu z nas odrzuca od posiadania dzieci w ogóle nasze nastawienie w związku. Po co się w obecnych czasach pobieramy? Już przestaję wierzyć w to, że wiem. Jakie są grzechy naszego pokolenia? Chcemy przede wszystkim się realizować, dbamy o to co „moje”, skupiamy się na  swoich potrzebach, a w małżeństwie chcemy się przede wszystkim dobrze bawić. Dobrze się zrozummy – nie twierdzę, że trzeba się pobierać w celach prokreacyjnych. Ale przyznajmy. Czy to w małżeństwie czy związku bywamy (jeśli nie „jesteśmy) często samolubami. A posiadanie dzieci wymaga choć wyzbycia się tego egoizmu choćby w MINIMALNYM STOPNIU. Jeśli każde z nas będzie darło w swoją stronę (moja kariera się liczy, moje pasje są najważniejsze), to sorry, ale dzieci z tego nie będzie. Nauczmy się na początek być partnerami. W związku dawajmy więcej niż bierzemy, a pomału nauczymy się dawać więcej a nawet znacznie więcej. Dopiero wtedy będziemy w stanie wyzbyć się….choćby snu przez najbliższy rok czy dwa. I to dla kogoś innego  😉

I co? Wygrałabym z takim Programem Rodzicielstwo+ kolejne wybory?

Zapraszam do dyskusji o tym, co jeszcze możemy zrobić sami, bo przecież wiadomo – nie pytaj, co ktoś inny może zrobić dla ciebie.