Mama subiektywnie

o urokach macierzyństwa

Jak duńskie „Hygge” i polskie „macierzyństwo środka” odmienią Twoje życie nie tylko w Święta?

Gdyby istniała religia pod tytułem „macierzyństwo środka”, to byłabym jej wyznawczynią! – uświadomiła mnie ostatnio znajoma P. Rozmawiałyśmy o tym, jak nie zwariować w tym całym macierzyństwie, jak odnaleźć spokój, szczęście i tę WŁAŚCIWĄ DROGĘ, której wciąż poszukujemy jako rodzice.

W sumie – racja! – pomyślałam. – Mnie też to pasuje. Gdzie mogę złożyć podpis na podaniu o przyjęcie do grona wyznawców? Albo lepiej – sama ją stworzę!

***

Zbyt dużo jest dookoła matek-terrorystek co to mówią „musisz”, „zrób to tak”, „nie rób tego”. Mam już też dość rodzicielskich ninja, którzy wszystko pięknie ogarnęli i teraz przechodzą się w blasku chwały i własnej zajefajności. Nie cierpię też Państwa Profesorstwa Rodzicielstwa – grupy może nie tak licznej, ale za to z powodzeniem pretendującej do Nagrody Nobla w kategorii Upierdliwość.  Ci to dopiero grzeszą wiedzą i obeznaniem. A do tego podchodzą do wszystkiego kategorycznie. Albo coś jest białe albo czarne. Albo wychowujesz dziecko w duchu rodzicielstwa bliskości, BLW, braku kar, eko domowych obiadków i tak dalej, albo pogrążasz się w odmętach średniowiecznego myślenia, wybierając opcję rodzica nieudacznika. Nie karmisz piersią – fe! Nie rozszerzasz diety w wieku 4 miesięcy – uuu błąd. I tak w kółko.

Co nam daje duńskie hygge?

Więc zaczęłam rozważać. Zostałam domorosłym filozofem – jak kto woli. A w tych rozważaniach pojawiło się modne ostatnio hasło „HYGGE”. Teraz wszystko jest HYGGE, nawet ciuchy, serio! Nie wierzycie to poszperajcie w necie. O ile wkurza mnie to, że z ludowego, głębokiego pojęcia robi się tandetne hasło po to by sprzedać skarpetki z reniferem, o tyle samo HYGGE jest naprawdę interesującym konceptem dającym się przełożyć na wiele sfer życia. Hygge to pojęcie trudne do przetłumaczenia, a pochodzi od Duńczyków. Nie dość, że trudne do wytłumaczenia, to jeszcze wymawia się jak „huuga”. Nie ma lekko.

StockSnap_401LW2QYUL
Annie Spratt

To „duńska droga do szczęścia”, o czym przekonuje Marie Tourell Soderberg, autorka niezwykle modnej ostatnio książki pod takim właśnie tytułem. „Hygge można próbować tłumaczyć jako „przytulność”, ale oznacza dużo więcej. To dobre samopoczucie, cieszenie się życiem, czy to poprzez bycie blisko swojej rodziny i przyjaciół, czy poprzez siedzenie przy ogniu z gorącą czekoladą albo wkładanie ciepłych skarpet i suchych ubrań po burzy.” – to już opis z Guardiana.

Soderberg, w wywiadzie dla miesięcznika SENS (grudzień 2016) przekonuje, że hygge odbierane jest w Danii na poziomie emocji, bardziej niż rozumu. W tym sensie, w Polsce oznaczałoby uczucia jakie wywołuje przytulna atmosfera, bliskość, bezpieczeństwo, zaufanie, ciepło.

„Hygge uczy, by nie brać wszystkiego zbyt serio i nie zamęczać się dążeniem do perfekcji.”

Skoro tak jest, to dla kontrastu cały ten pęd w dążeniu do perfekcji, próby znalezienia jedynie słusznego rozwiązania i metody w macierzyństwie – to zupełny obłęd! Potwierdza to zresztą moja niedawna rozmówczyni, Iza Sztandera z Maminiec.eu (naszej rozmowy o metodach usypiania dzieci posłuchacie już w środę 21 grudnia w zakładce PODCAST). Iza, dyplomowana doula, doradczyni macierzyńska, współzałożycielka Mlekoteki, twierdzi, że nie tylko w przypadku usypiania nie możemy mówić o metodach. Dziecko to nie jest jakiś tam robot, który po naciśnięciu przez rodzica odpowiedniego guzika, czy po wprowadzeniu właściwej (jedynie słusznej dla tego modelu) instrukcji, nagle zacznie współpracować. Dziecko to żywa osoba i jako taka różni się wszystkim od każdej innej żywej osoby.

I tu z pomocą przychodzi hygge. Jako rodzice możemy z niego czerpać garściami. Oto, co na przykład, możecie wziąć z tej filozofii do swojego macierzyństwa:

  • przyzwolenie na błędy
  • więcej luzu
  • szukanie pozytywnych emocji w codzienności
  • kierowanie się sercem, a nie tylko rozumem
  • celebrowanie rodzinnych chwil
  • szukanie drobnych zdarzeń, sytuacji, chwil, wprawiających nas w dobry nastrój
  • ustalenie priorytetów (zapytanie siebie „co jest dla mnie naprawdę ważne?”)

Skoro to działa na Duńczyków, w których kraju przez 170 dni w roku pada, to z pewnością podziała na nas, Polaków, osób o równie depresyjnym widoku zza okna. Prawda?

Macierzyństwo środka – nowa religia

Samo hygge to może być jednak trochę za mało, aby ogarnąć chaos macierzyństwa. „OK. Poczytam ze dwie książki przy kominku (takim, co to się go puszcza z kompa), wypiję herbatkę z miodem i podumam o tym, że fajnie jest mieć 5 minut dla siebie. Ale potem kopnie mnie w tyłek rzeczywistość w postaci krzyku z sypialni któregoś z dzieci, albo ze strony kuchni z nieumytymi garami albo jeszcze z łazienki, skąd płaczą od tygodnia nieuprane bluzki tychże rozdartych potomków.” Tak to ma wyglądać to moje hygge?

Dlatego potrzeba jest czegoś głębszego. Takich solidnych podwalin. Religii! Tak, nowej religii, o której mówiła P.

My, Polacy jesteśmy dobrzy w te klocki. Wierzymy mocno (przynajmniej jeśli chodzi o deklaracje), i bronimy swych przekonań zajadle. Dlatego na własny użytek stworzyłam, ale dziś się z Wami tym dzielę, moją prywatną religię macierzyństwa środka. Traktuję ją mega poważnie. Wierzę mocno i wiary swej nie porzucę! Praktykuję i świętuję jak sobie nakazałam.

A photo by Austin Neill. unsplash.com/photos/ZahNAl_Ic3o
Austin Neill

Spokojnie, nie jest to religia zbyt opresyjna, jest prosta w swych założeniach i niemal niewymagająca. Jedyne, co zakłada, to WYPOŚRODKOWANIE. Nie chodzi w niej, wbrew pozorom, o znalezienie złotego środka. A o co? Mój manifest jest następujący:

  1. Wierzę mocno w to, że w macierzyństwie, podobnie zresztą jak w wielu sferach życia, chodzi o znalezienie balansu.
  2. To, wbrew pozorom, nie oznacza odkrycie złotego środka. Bo takiego, jak ufam, nie ma.
  3. Chodzi raczej o to, by dać sobie przyzwolenie na pomyłki, na błędy, na niedoskonałość.
  4. By nie dać się zwariować fałszywym doradcom, którzy znają „najlepszą” metodę wychowania naszego dziecka.
  5. To wiara i przekonanie we własne, jako rodzica możliwości.
  6. To, wreszcie, wsłuchanie się w TO KONKRETNE dziecko i jego potrzeby. I jego płacz. On mówi nieraz więcej niż 1000 słów.

Takie podejście do macierzyństwa, jestem o tym mocno przekonana, daje nam (rodzicom, ale też i całym rodzinom):

  • poczucie wiary w swoje możliwości
  • poczucie wspólnoty – bo jako rodzina szukamy rozwiązań, a nie jako samotna, pojedyncza osoba – matka
  • uwolnienie się od poczucia winy – przecież „idealne” rozwiązanie nie istnieje, a to, że coś nie wychodzi, nie oznacza, że jesteśmy złymi rodzicami

***

Skoro więc zbliżają się Święta – te rodzinne, dające wytchnienie i zachęcające do zwolnienia tempa (ale tak po 24 grudnia), to zachęcam nas wszystkich do praktykowania tej religii macierzyństwa środka. A jeśli jeszcze połączymy ją z gorącym kubkiem kakao (lub kieliszkiem wytrawnego czerwonego wina) z ciepłymi skarpetami z prezentu od Babci, czyli przytulnością hygge, to wyjdą nam nie tylko przyjemne Święta, ale przepis na odrobinę „hyggelig” na co dzień.

Czego szczerze Wam życzę w tym roku!

Marta

StockSnap_JMYM7A8UX4
Annie Spratt