Mama subiektywnie

O śnie, rodzicielstwie bliskości i wychowaniu. Dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Dostałam rozdwojenia jaźni…i to w weekend!

Od jakiegoś czasu żyję w dwóch, równoległych rzeczywistościach. Znasz to uczucie, kiedy świat wokół to jakby dwa światy jednocześnie? Rozdwojenie jaźni, normalnie! Bo jak inaczej to nazwać?

Ale od początku…

Jeśli czegoś uczy mnie moje ponaddwuletnie macierzyństwo to tego, że nie wszystko można zaplanować. Ale można się starać. I warto się organizować. Co prawda, wszystko w macierzyństwie zmienia się jak w kalejdoskopie i to takim, który brał jakieś speedo, bo tempo jest iście oszałamiające. Jednego dnia płaczesz i konasz w bólach, bo rodzi się twoja pociecha, by jeszcze tego samego dnia zmienić się w Istną Ostoję Miłości i Spokoju, ociekającą radością i szczęściem, bo oto tulisz potomka w ramionach. W innej chwili spoglądasz w lustro, by zobaczyć tam niechybnie niewyspane i udręczone życiem zombie z filmu z Willem Smithem „I’m legend”, bo to, by za chwilę szykować się na wielkie wyjście z kumpelami, bo oto maluch zaczął przesypiać noce.

I w tym całym szaleństwie, jak to w życiu bywa, jest metoda. Moją metodą na ogarnięcie tej nieprzewidywalności macierzyństwa jest dobra organizacja. Nie jestem może „kontrol frikiem” jak moja przyjaciółka, J., ale i tak ze mną źle  😉 Organizuję więc czas sobie i Młodej, w myśl zasady: „Mam plan i nie zawaham się go użyć!” Schemat dnia jest w miarę prosty. Karmienia o stałej porze i co 4 godziny, w zależności od tego kiedy wstanie Amelka: o 7, 11, 15 i (wyjątkowo wcześnie) o 18, przed snem. W międzyczasie – zabawa i następujące po sobie drzemki, co 2 godziny. Wszystko, jak nakazał Bóg, a w tym przypadku, osławiona Tracy Hogg. I to działa!

Spokój, pewność, opanowanie, harmonia, normalnie jing i jang – tak mogę nazwać moje codzienne rodzicielskie „zmagania”. Obie z Młodą wiemy co i jak. Będzie spacer, będzie czytanie bajeczki, zabawa na macie edukacyjnej, obiad (mój i jej). Potem idziemy po Małego do żłobka. Proste. Nieskomplikowane. I muszę przyznać – kocham ten dryg. Za prostotę i właśnie za ten spokój, który mi daje.

I to jest moja pierwsza, poukładana rzeczywistość.

Ale każdy doktor Jekyll ma swojego Mister Hyde’a… Moim jest ta druga rzeczywistość…. To WEEKEND. Kocham, kiedy nadchodzi, niosąc z sobą zapowiedź zabawy, wyjazdów, mniejszych czy większych wycieczek za miasto. Rodzinnej sielanki. Też jest plan i też są posiłki, drzemki, zabawy. Ale jakoś tak inaczej. Zupełnie wariacko.

Sam fakt, że dzień zaczynamy już w czwórkę, a nie dwójkę, burzy mój wewnętrzny zen. Mój kopczyk zorganizowania z misternie układanych kamyczków, moja mandala kontroli i opanowania obraca się w niwecz kiedy teraz przychodzi mi otoczyć troską i opieką całą rozbrykaną rodzinę. A przez „otoczenie” mam na myśli: na zmianę wycieranie nosów, tyłków, podawanie wody, podawanie talerza, by w międzyczasie wytrzeć ręce, poszukać zagubionej zabawki przy wtórze ryku, po to by po chwili (i na chwilę) znaleźć się w krainie wiecznej szczęśliwości – czytaj: w samochodzie.

Czasem marzę by tam zamieszkać….kiedy wchodzimy do auta to, jak w piosence z Igrzysk w Atlancie, którą śpiewała Edyta Górniak – milkną wojny. Dzieciaki zasypiają (lub nie, ale ogólnie dają radę), a mąż skupia się wyłącznie na mnie….yyy miałam napisać na drodze, ale prawda jest taka, że słucha mnie i tego, co akurat mam do powiedzenia.

Nie zrozum mnie źle – rzeczywistość weekendowa jest równie ekscytująca, co wyczerpująca. Nie zamieniłabym tych chwil na inne – bo w ten sposób budujemy historię naszej rodziny. W bólach, bo w bólach, ale to właśnie wtedy tworzą się wspomnienia, kształtują nasze postawy (bo decydujemy o tak ważnych sprawach, jak to, czy Tymek może i powinien dostać kolejnego żelka?).

To moje rozdwojenie jaźni… też tak masz? Też czujesz, że z każdym piątuniem zbliża się nieuchronnie mała apokalipsa? Że to „cudowne zawirowanie” kilkunastu kolejnych godzin sprawi, że pewnie kolejny nieśmiały, siwy włos zdecyduje się od teraz dumnie okalać twą matczyną skroń? Że zaraz wydarzy się coś, co da ci w kość, popalić, czy jak to się tam jeszcze inaczej mówi, po to tylko, by ukoić cię następnie w błogim (lecz krótkim) śnie?

Ciekawe to rozdwojenie jaźni…

A może nie jestem tak do końca dobrze zorganizowana, hę?