Mama subiektywnie

O śnie, rodzicielstwie bliskości i wychowaniu. Dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Czerwona wstążeczka

Czerwone kokardki przy wózku dziecka. Niby wiele osób się z nich śmieje, a i tak na wszelki wypadek przyczepia je do wózka. Po co? Matki przekonane są, że uchronią tym swoje dzieci przed złymi czarami. To nie jest żart. Coraz więcej osób wierzy w moc magicznej wstążki. – tak zaczyna się artykuł Klaudiusza Michaleca w natemat.pl. Barbara Stawarz, psycholog, w tym samym artykule przekonuje, że zawieszając czerwoną wstążeczkę, rodzice obniżają swój poziom lęku o dziecko i zwiększają tym samym poczucie bezpieczeństwa. Śmiać się z tego, czy nie? Co mi do tego! Ja nie o tym…

Doszłam do wniosku, że nas – matki, do działania motywuje głównie… STRACH. Jakiś niewypowiedziany, nieraz niczym nieuzasadniony lęk, wpełza nam pod skórę niczym wąż na zimę pod stertę liści. I siedzi. I czeka na dogodny moment, aby wyskoczyć i zaatakować. Najczęściej w najmniej oczekiwanym momencie.

Bo, czy nie jest tak, że od momentu zobaczenia dwóch kresek na teście, zaczynamy się bać? O dziecko? No coś ty! Jeszcze wtedy na to za wcześnie. Ale o ból porodu – o jak najbardziej! Jeszcze się na dobrze nie rozkręciłyśmy w tym całym macierzyństwie, jeszcze nie zdążyłyśmy pierwszy raz wyrzygać śniadania, a już mamy pietra. Dlaczego matki się boją? Wrzucam to pytanie sobie i …doktorowi Google. Odpowiedzi brak, nawet po zadaniu pytania w języku dla Google’a zrozumiałym, czyli angielskim. Odpowiedzi wciąż jednak brak. Więc szyję z głowy, czyli z niczego… Pomaga doświadczenie paru lat macierzyństwa. Tym razem analiza wychodzi mi na plus. Więc, „czego się boisz, głupia?” Ano tego:

I CO JA ROBIĘ TU?

To chyba najpopularniejszy strach matek „of all times”. Czy ja się nadaję do macierzyństwa? Ta niepewność, czy to co robię, robię dobrze? No bo niby skąd wiadomo, że Mały się najada? Albo, jak poznam, że Ono jest już śpiące i trzeba położyć do łóżka? Że już nie wspomnę o tysiącu odmianach płaczu, z których każdy – jak głoszą mądre książki – znaczy coś innego. To ten brak pewności, że istnieje jedno, dobre rozwiązanie powoduje, że oblewają nas zimne poty. Osobiście, nie tyle się tego boję, co mnie to okrutnie wkurza. Wewnętrzny „control freak” każe mi kontrolować sytuację od A do Z. Nauczona w korporacji, że muszę poradzić sobie z każdym zadaniem i zawsze istnieje jakieś rozwiązanie, zupełnie traciłam głowę, kiedy kilkutygodniowy syn wolał się drzeć niż spać.

Co w takich chwilach robi przerażona matka? Otóż, wiedziona lękiem, na zmianę – podaje cyca, smoczka, buja, lula, nosi… Chaos, kochana, kompletny chaos.

wszystko ok?

Kiedy dziecko staje się starsze – nie ma lepiej. Strach chowa się cichutko w szafie i znów czeka – by wyskoczyć nieoczekiwanie. Bo przecież teraz też nie wiadomo – czy Ono dostaje odpowiednią ilość witamin? Czy nie zachoruje i co ja wtedy zrobię, i z kim Go zostawię? A w ogóle, to czy Malec rozwija się prawidłowo, bo przecież Anki syn to już siedzi, a nasz dopiero zaczyna kumać przewracanie się na jeden bok. O zgrozo! Fora, grupy na fejsie i strony internetowe pełne są sfrustrowanych, przerażonych matek, z których bekę ma już nie tylko garstka współforumowiczek, ale dosłownie cała Polska

Dlaczego? Odpowiedzią znów jest ten strach. Boimy się na chwilę przystanąć i zastanowić się, co tak naprawdę dzieje się z moim dzieckiem? Ok, może i ono jeszcze nie mówi, ale przecież to człowiek. I jako taki umie się wyrażać na milion innych sposobów. W moim EBOOKu, apeluję do matek: „Zaufaj sobie! Popatrz na swoje dziecko jak na przedstawiciela innego, nieznanego ci plemienia. Wczuj się w niego, podejdź z szacunkiem i staraj się dogadać”.

Zapamiętajmy to sobie raz na zawsze – nie ma jednego, skutecznego poradnika, który rozwiąże twoje problemy i ukoi lęk. Ale nie ma też co się bać. Tylko trening czyni mistrza. Może to i truizm, ale w macierzyństwie sprawdza się na 100%. Jak to, w typowy dla siebie sposób, ujął mój mąż: „Nie martw się. Pierwsze dziecko i tak idzie na straty. Drugie wyjdzie nam lepiej.” Bosko, co? 😉

Co ludzie powiedzą?

Dlaczego tak nam zależy na opinii innych? Obserwując mamy, dochodzę do wniosku, że funkcjonujemy nieraz jak stado spłoszonych surykatek. Jedna da sygnał do odwrotu i nagle wszystkie, w dzikim pędzie za nią podążamy. Tylko po co? Czy nie mamy swojego rozumu? Czy boimy się przejąć inicjatywę? Myślę, że próba rozpraszania odpowiedzialności za nasze dziecko to główny tego powód. Zamiast brać sprawy w swoje ręce, bez oglądania się na to co powiedzą inni, wolimy choćby trochę oddać im stery. I już nie musimy się bać – przecież ktoś inny już za nas spróbował, ktoś inny przetestował to czy tamto. Desperacko szukamy autorytetów – w matkach, w doświadczonych kobietach, w lekarzach czy znachorach z księżyca. A tak naprawdę siła jest w nas! Znów apeluję: ZAUFAJMY SOBIE. Bo my-matki sobie nie ufamy. I niech pierwsza rzuci …cokolwiek, jeśli może powiedzieć, że nigdy tak nie miała.

CZY JA to wciąż „ja” czy „my”?

Czy już zawsze u rąbka mej spódnicy uwieszony będzie trwać bobas? Czy ja kiedykolwiek jeszcze będę miała chwilę wolnego? I nie mówię tu o 3 minutach na kibelku, kiedy to i tak pewnie będzie się kończyło podglądaniem mnie przez Potomka. Mówię o czasie tylko dla mnie – o książce, o wypadzie na miasto w celu bezmyślnego buszowania po galerii, tylko po to, by ,…w efekcie niczego sobie nie kupić….Kiedy to będzie? Czy w ogóle tak będzie?

To też lęki matek…. A tak naprawdę łączy je jedno – podskórny lęk o to, że macierzyństwo zabierze nam wolność. Bezpowrotnie. O ile z tym lękiem w miarę łatwo sobie poradzić, po prostu lepiej się organizując i włączając bardziej partnera w rodzinne obowiązki, o tyle problem leży gdzieś zupełnie indziej. A mianowicie w…głowie. Problemem nie jest faktycznie brak czasu, czy nawał obowiązków. Problemem jest to, że my tak naprawdę, podświadomie, trochę z przyzwyczajenia i trochę z wychowania – lubimy być takimi „ofiarami losu”, co to czasu na nic nie mają, a na pewno nie dla siebie.

Szukamy wymówki, drogie panie! I to nie jest moja psychoanaliza, tylko fakt. Kiedy wreszcie przestaniemy się bać, że po urodzeniu dziecka też coś znaczymy jako „my same”? Nie bójmy się znów prowadzić życie jak dotąd! Nie bójmy się wychodzić do ludzi, gadać o polityce, dyskutować o naszym kraju, o poglądach na ważne społecznie sprawy. To, że jesteśmy matkami, nie oznacza, że nie jesteśmy już mega babkami, które mogą być sexowne, zadbane, oczytane i do tego prowadzić życie towarzyskie. Bądźmy jak: Emilka z Warszawy czy Agnieszka z Rzeszowa. To moje ziomale, które są wypierdzianymi w kosmos, super mamuśkami i do tego mają w pytę czasu dla siebie.

Pewnie nie uda się nam pozbyć wszystkich matczynych lęków…Sama mam lęki z grupy tych egzystencjalnych, jak to, czy mąż lub ja nie zachorujemy i zejdziemy z tego ziemskiego padoła, pozostawiając Dzieciaki na pastwę losu i krewnych. Albo czy dzieci nie zachorują na jakąś egzotyczną chorobę, co się zdarza raz na sto milionów. Ale boję się też zwyczajnie – codziennie, głupio i irracjonalnie. „Czy ona zrobi dziś kupę, czy będzie ją jednak cisnęło i bolało?”, „Czy starczy mi sił i czasu by wszystko ogarnąć?” Ale też – czy mi nie zamkną Biedry i w związku z tym – czy kupię pieluchy?

A jak już nie ma się czego bać, bo mam dobry dzień, to zawsze pozostaje…

Pentheraphobia 

czego i wam życzę! Uppps miało być NIE ŻYCZĘ 😉