Mama subiektywnie

O śnie, rodzicielstwie bliskości i wychowaniu. Dla rodziców, którzy chcą wiedzieć więcej

Czego nauczysz swoje dziecko będąc, jak ja, „wyrodną matką”?

Słyszę to nie raz: „co ty robisz temu dziecku?”, „czemu go tak męczysz?”, „odpuść mu trochę”. Czasem trafi się też klasyk gatunku w stylu „ale z ciebie ostra matka”. Z tym, że w miejsce „ostrej” wstaw dowolnie i wedle uznania: oschła, surowa lub, o zgrozo – WYRODNA. OK, nikt mnie tak wprost nie nazwie. Podskórnie czuję jednak i wiem, a moje wewnętrzne ucho podpowiada mi, że niektórzy, nawet czasem bliscy, tak o mnie mogą pomyśleć. Przyczyną jest nie tylko nasza różnica w poglądach ale również, a mam wrażenie, że przede wszystkim, określona postawa, podejście do macierzyństwa, które niektórym nie mieści się w głowie.

No bo przecież dzieci mają być beztroskie, żyć swoim rytmem i tempem, a my – głównie matki – mamy się nimi opiekować, znosząc bezsenne noce, bujanie na rękach, nieustanne wymuszanie i testowanie naszych granic. Słowem – mamy się poświęcać. Czy tak? NIE! Mamy żyć, mamy być szczęśliwe, mamy być wyspane, mamy mieć poukładane życie rodzinne i prywatne i w tym wszystkim znajdywać balans, radość i sens. Ja tak pojmuję macierzyństwo. A, że czasem zostaniemy przez to nazwane wyrodną matką to co? „soł łot?” Phi! Kicham na to! Matka ma mieć miękkie serce, ale i twardą dupę! Tak, powiedziałam to 🙂 No, ale czego może nauczyć swoje dziecko taka wyrodna matka, jak ja?

Ponieważ jestem – gdzieś tam jednak w środku – miła, to daję wam te „nauki” w całości za darmo. Do wykorzystania, zutylizowania, przekazania dalej. Lub wyśmiania. Przecież to subiektywny pogląd i nie wszyscy muszą się zgadzać. Zatem – CZEGO UCZĘ SWOJE DZIECI. JA, WYRODNA MATKA?

***

Taki obrazek – mój noworodek szamocze się wieczorową porą w swoim woombie (otulaczu). Czy to ból brzucha, pierdy czy zwyczajne „faflunienie” malucha, który nie może zasnąć? Nie wiem i nie dociekam. Po prostu – cierpliwie uspokajam malca klepiąc po plecach i przy wtórze szuszającego misia. Dla mnie normalka, więc cierpliwie czekam, aż pociecha się uspokoi. Nie odwijam, mimo, że walka przeradza się teraz w dramatyczną próbę wyswobodzenia się z uwięzi. Malec wije się ostro, próbując przebić rączkami pętające go jarzmo otulacza. Obraz nie do zniesienia dla normalnego zjadacza chleba. Ale nie dla doświadczonej matki…. W końcu malec się poddaje i sen spokojnie może przyjść, przynosząc ukojenie. A wszystko w oparach radosnego pierdka. Kolejnej nocy, poinstruowany przez wyrodnych rodziców (tak, jest nas dwoje!!) dziadek próbuje podobnej „sztuczki” usypiając bobasa. Nie mogąc znieść dziecięcej szamotaniny, w sercu już tworzy pigułkę współczucia dla malca, a w głowie  – obraz wyrodnej matki czyli mnie. Całość wieńczy komunikat powtarzany potem parokrotnie: „Ale wy katujecie to dziecko!”. Morał – za chwilę, a najpierw podobne przypadki niezrozumienia intencji „wyrodnej matki”.

Sytuacja znów „okołospaniowa”. Pierworodny po raz kolejny obudził się o 2 w nocy (bo „nad ranem” brzmi zbyt optymistycznie) bo akurat uznał tę godzinę za idealną do przytulenia się do nagrzanej pod kołdrą mamy. Krzyk z drugiego pokoju jest stanowczy i kiedy, już już chcę się złamać i wziąć Młodego do naszego łóżka, nagle coś sobie uświadamiam. Mimo, że kocham mojego malca nad życie, to równie silnym uczuciem darzę sen. A jakoś nie umiem spać czując ciepłe ciałko synka….rozwalone w różnych konfiguracjach to na swojej głowie, to na brzuchu, to na rękach. Dlatego o spaniu razem nie ma mowy. Druga w nocy nie zachęca do odmawiania płaczącemu dziecku. Ale mimo to – tak właśnie robię. Stanowczo i nie przyjmując wymówek. Podobnie jak wtedy, kiedy po raz kolejny, nie poddając się – sadzam malucha na nocnik nawet wtedy, kiedy  posikał kolejne pary spodni. Po prostu „musi się nauczyć” – mówię sobie i zagryzając zęby, znów szczebioczę, zachęcając go by robił jednak siusiu w miejscu do tego przeznaczonym.

312A728
fot. Joanna Słyk

Co chcę przez to powiedzieć? Ano, że wyrodna matka jak ja zachęca się do dołączenia do niej w praktykowaniu …

KONSEKWENCJI

Wiem, nie jest łatwo na żadnym etapie macierzyństwa, bo albo „szkoda biednej dzidzi”, albo rodzina patrzy wilkiem, albo tymczasowe rozwiązania wydają się lepsze. Jednak wiadomo, prowizorką Polska stoi a tymczasowe rozwiązania przypominają mi łaty na niektórych zdezelowanych, proszących się o remont polskich drogach. Dlatego, kiedy dziś rozmawiam z przyjaciółką Julią, i kiedy ona podnosi mnie na duchu, przypominając, bym trzymała się wytyczonego Łatwego Plany Tracy Hogg na mojej 2-miesięcznej córeczce, to wiem, że tylko KONSEKWENCJA nas ratuje. Mnie, bo nie oszaleję w chaosie, męża – bo zyska żonę zrelaksowaną, a nie walniętą i wreszcie – moje dzieciaki, które zrozumieją na własnym przykładzie pojęcie harmonii, poczucia pewności, bezpieczeństwa i stałości w tym opętanym świecie.

***

Po raz pierwszy idziemy z Młodym do żłobka. Jedenastomiesięczny brząc nie jest tym faktem w ogóle zachwycony. Ogólnie, ma rzyga na żłobek bo on (niespodzianka!) woli spędzać czas z kochającą mamusią. Teściowa oczywiście stara się „pocieszyć” jak umie, mówiąc, że powinnam nie wracać do pracy po macierzyńskim i zostać z dzieckiem co najmniej do 3 roku jego życia. „Jezu, ja naprawdę jestem wyrodną matką” – myślę i już zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Tym bardziej, że Młody ryczy potem przez kilka kolejnych tygodni, codziennie, zanim nie przyzwyczai się do nowego miejsca. A wkrótce – je pokocha 🙂

Inna akcja – szkrab siedzi i je….to znaczy bierze w małe łapki wszystko, co mamusia położyła na talerzu w myśl nauki metody BLW. W powietrze lecą, a potem na podłogę opadają kolejno – brokuł, makaron i coś, co kiedyś było chyba kurczakiem. Ja, zachwycona, że Młody już sam je, zupełnie zapominam o docinkach, że „to tak długo trwa”, że „ja bym nie chciała mieć takiego bałaganu w domu” lub, że „po co ci to, nie lepiej go nakarmić?”. Otóż, NIE! Bo, surprise, surprise, kolejną rzeczą, jaką uczę moje dziecko jako wyrodna matka jest….

SAMODZIELNOŚĆ

Fakt, to wymaga czasu, cierpliwości, umiejętności odpuszczania, kiedy nie ma sensu walić głową w mur. Ale nie są to, przyznajcie, żadne nie do zdobycia umiejętności, jakich nie miałby każdy szanujący się korpo-pracownik. A zalety? Mnóstwo! Przede wszystkim mam samodzielnego dzieciaka, a nie wiszące u spódnicy mamy, rozdarte coś. Mój syn z powodzeniem ubiera sobie spodnie, zakłada (po paru próbach) buty, wyjmuje rzeczy ze zmywarki i pomaga nam nosić lżejsze zakupy. W wieku dwóch lat już sporo umie, a co ważniejsze – z radością wykonuje drobne domowe prace, licząc na pochwałę i przybicie „piąteczki” z tatą 🙂 Zuch!

***

Z samodzielnością wiąże się kolejna umiejętność, którą chcę przekazywać swoim dzieciom. Czy to na placu zabaw przy wchodzeniu na coraz wyższe szczeble zjeżdżalni, czy dużo wcześniej – podczas prób nauki chodzenia przy meblach. Wszędzie tam gdzie moim pociechom grozi upadek, wywrotka, stłuczka, albo po prostu pojawia się nowe, nieznane i potencjalnie im zagrażające (w ich mniemaniu), wszędzie tam chcę im pokazywać, że ważna jest w życiu

PEWNOŚĆ SIEBIE

To niezwykłe, że już kilkumiesięczny bobas, przewracając się z brzucha na plecy, dokładnie rejestruje reakcje rodziców. Każde „OCH! UWAGA! NIC SIĘ NIE STAŁO?” rodziców przy takich próbach zakończonych huknięciem się w głowę, konotuje u dziecka pewną wątpliwość w swoje umiejętności. Co robi wyrodna matka w takiej sytuacji? Pozwala się wywrócić, przekonując malucha „NIC SIĘ NIE STAŁO. DZIELNY CHŁOPIEC!” W ten sposób uczy go, by następnym razem uważał, znając już swoje możliwości i ograniczenia. Dla mnie – bomba!

***

I wreszcie, moja ulubiona…

KREATYWNOŚĆ

Mam już w głowie kolejny post o tym, jak ją w dzieciach rozwijać, ułatwiając sobie po raz kolejny życie (w sumie o to też chodzi w byciu rodzicem) 🙂 Ale póki co, powiem tylko, że chodzi o storytelling 🙂 O co chodzi? W kolejnym poście.

Ale jeśli chodzi o kreatywność, to wyrodne matki są w tym najlepsze. Wszystko po to, by zyskać chwilę dla siebie lub chwilę z ukochanym. Jesteśmy mistrzami odwracania uwagi, animowania maluchów, włączania dzieci w wymyślane na bieżąco historie. „A widzisz tamto auto? Ciekawe dokąd jedzie ten pan? A jak myślisz, co wiezie w bagażniku? Zakupy? A jakie?” i tak w kółko. Tę niebezpieczną grę można z powodzeniem stosować, siedząc na kanapie, czytając książkę czy sprzątając w kuchni. Zrozummy się dobrze – nie chodzi o to by zlewać swoje dziecko i się z nim nie bawić. Ale jeśli już musimy lub chcemy złapać oddech, to taka zabawa jest „de best”. Z jednej strony – nie biegamy za autami dziecka czy nie składamy kolejnej wieży z klocków, a z drugiej – ćwiczymy jego/jej wyobraźnię i…rozmawiamy. A tego w rodzinie nigdy dość. 🙂

A ty, czego uczysz swoje dzieci? Czy bycie wyrodną matką jest aż takie do bani?